poniedziałek, 20 maja 2013

Stołówka

 Odkąd sięgam pamięcią jedzenie ze stołówki było dla mnie kwintesencją ohydy. Zaczęło się to już chyba w przedszkolu gdzie wmuszano we mnie zupę mleczną z kożuchem, niedogotowane lub rozgotowane ziemniaki z inne obrzydlistwa, których nie podałbym największemu wrogowi. Potem nastały czasy zalatującej kapustą stołówki szkolnej. Letni rosół na wyszczerbionych talerzach marki „Wars”, kompot w nadkruszonych kubkach „Społem”, aluminiowe sztućce. Nie było wyjścia – trzeba było jeść kanapki.

A potem skończyłem edukację, spakowałem walizkę i wyjechałem do Tajlandii gdzie....wróciłem do szkoły i na stołówkę. I wcale nie mam ochoty się ewakuować. 

 W szkolnej kantynie żywię się od 4 tygodni i jeszcze ani razu nie powtórzyłem swojego menu. Codziennie odkrywam coś nowego. Wybór jest ogromny – lady zastawione pojemnikami z daniami na bazie kurczaka, wieprzowiny, wołowiny i jarzyn, co najmniej kilka rodzajów zup, napoje we wszystkich kolorach tęczy, świeże owoce, lody, sorbety, desery nienazwane. Jedzenie wydawane jest z uśmiechem, przypraw do wyboru i do woli. Nic dziwnego, że w porze przerwy obiadowej, około 11:00 na stołówce panuje harmider nie do opisania. Przeszło 2000 głodnych nastolatków dobrze wie jak zrobić hałas. Z talerzami w dłoniach i żetonami, którymi płaci się za jedzenie w kieszeniach uwijają się między stoiskami a za ladami jak w ukropie uwijają się kucharki.


A ceny? Najdroższe danie ((ryż z trzema dodatkami) kosztuje tu 25 Bahtów. Za cały obiad z napojem i deserem płacę przeważnie około 35 Bahtów (3,5 PLN). A myślałem, że taniej niż na tajskiej ulicy się nie da.

czwartek, 1 grudnia 2011

Fuzja



Umarło "Do Buzi"....niech żyje "Do Buzi"!

Oto następuje fuzja dwóch blogów - dobuzi.blogspot.com staje się częścią mojego bloga o Tajlandiiwww.skokwbokblog.com. Na skoku piszę o Polak w Tajlandii, podróżach po Tajlanjdii, odkrywaniu Azji a od dziś - również o jedzeniu i piciu. Na razie w zakładce kulinarnej skoku - teksty archiwalne, przeniesione stąd. Ale wkrótce z pewnością - nowości. Wybiorę się z kamerą na pobliski targ, pokażę wam jak wyglądają w Bangkoku przygotowania do wigilii, jak obierać mango i jeść karalucha.  Kuchnia Tajska i nie tylko. Zapraszam! Zobaczcie jak zakonczyla sie moja wyprwa do Azji.

czwartek, 21 lipca 2011

Family Business

O tajskim podejściu do biznesu pisałem już tutaj. Jeśli to odtwórcze i miało oryginalne myślenie uznać za słabość tajskich przedsiębiorców to do ich atutów należy zaliczyć zapał. Ogromny, nieokiełznany pędy ku przedsiębiorczości. Wystarczy kawałek chodnika, brawa w kamienicy, schodu do metra a już otwiera się biznes, rozkręca interes, wykuwa się czyjaś przyszłość. I każdy orze jak może, (rowniez Polak w Tajlandii)dorabia na boku, czymś handluje, coś oferuje. Żona gotuje zupę na ulicznej garkuchni, mąż zasuwa po okolicy mototaksówką, dzieci śpią spokojne o swoją przyszłość. A gdy żona się zmęczy i utnie sobie drzemkę, mąż zsiada z motocykla i zastępują ją przy garze. Biznes rodzinny pełną gębą. A ja siedzę i gębę napycham tą zupą wodząc ciekawskim wzrokiem po otoczeniu. Powiedźcie i wy za pośrednictwem tego filmiku. Zajrzyjskie tez na skok w bok by przeczytac jak zakonczyla sie moja wyprawa do Azji



 Tu zaś zobaczycie, jak tajską uliczną zupę należy przyprawiać. Szczypta chili, nieco cukru, kilka kropel sosu rybnego i ocet z ostrą papryką do smaku. Zależnie od użytych proporcji uzyskujemy odmienny efekt – zupę słoną, ostrą, słodką, kwaśną itd.


 Nie trzeba nawet życzyć smacznego, to danie nigdy nie zawodzi.

piątek, 8 lipca 2011

Proste jak szparag


Zdaje się, że w Polsce sezon na szparagi już się skończył. Tu w Bangkoku nie ma sezonu, są za to szparagi, na targu za rogiem. Po 2 zł za pęczek. (sprawdz ceny w Tajlandii) Wrzucam do osolonej wody, gotuję kilka minut. Smażę jajko (kupione na tym samym targu za 40gr, wielkie, o żółtku pomarańczowym jak słońce), jeśli mi się nudzi przyrządzam szybki beszamel (mąka podsmażona na maśle z kilkoma łyżkami mleka) i w 4 minuty mam gotowy genialny posiłek. Bo geniusz tkwi w prostocie.

O tym jak radzi sobie Polak w Tajlandii przeczytasz na skok w bok blog.


poniedziałek, 27 czerwca 2011

Nie ma bata na pieroga


Polacy są różni. Jedni nie mogą usiedzieć w miejscu, ciągnie ich w świat. Inni wolą komfort swoich czterech świat. Jednak zarówno ci jak i owi mają coś co ich łączy. Wszyscy lubią pierogi :) Rowniez Polak w Tajlandii

Tyle, że tym, którzy postanowili zostać i nie ruszać się za daleko o pierogi znacznie prościej. W końcu ser biały mają w sklepie za rogiem, w kuchennej szafce czeka na nich wałek i stolnica. Nic tylko zakasać rękawy i lepić.

My, wędrowcy tak łatwo nie mamy. (przekonaj sie, przeczytaj jak wyglda wyprawa do Azji )Rzadko mamy do dyspozycji narzędzia i produkty niezbędne do stworzenia pieroga. Ale że coś nie jest proste nie znaczy, że jest niemożliwe. Umocniony tymi słowami postanowiłem na niedzielny obiad zjeść pierogi ruskie. I jak postanowiłem tak zrobiłem.

 Ciasto: Fot. Maciej Klimowicz

 Ciasto: Fot. Maciej Klimowicz

 Pierogi: Fot. Maciej Klimowicz

Żeby jednak nie było zbyt nostalgicznie do mojego posiłku wdarł się również elementy azjatyckie. Pierogi jadłem w towarzystwie hinduski, która pomogła mi je również lepić. A przy okazji polazła mi jak pierogi lepi się w jej stornach – w himalajskich regionach Indii. Tam, gdzie spory procent ludności stanowi mniejszość nepalska do codziennego menu należą pierożki Momo – pękate kieszonki wypchane przeważnie mielonym mięsem lub serem. W stornach tych powszechne są również piklowane pędy bambusa z kawałkami mango i sporą szczyptą chilli. W pierwszej chwili na taką profanację naszego pieroga zareagowałem obrzydzeniem. Po chwili jednak ciekawość wzięła górę, spróbowałem i swoich pozostałych 20 pierogów zjadłem maczając je w ostro -kwaśno- słonym sosie gapiąc się w Tajską TV i czując się zupełnie jak w domu. I tylko szkoda ze ser tu taki drogi (poznaj ceny w Tajlandii )

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Weekend menu

Gdy w weekend coś staje mi na drodze i nie udaje mi się zorganizować wypadu za miasto – ruszam na miasto, w podróż kulinarną. Czasem szperam w internecie, szukam jakiegoś miejsca godnego odwiedzenia i obieram je za cel. A czasem wysiadam na pierwszej lepszej stacji metra czy kolejki nadziemnej, skręcam w pierwszą lepszą przecznicę i zaczynam węszyć.

Tym sposobem w sobotę wywąchałem jedną z najlepszych słodko ostrych zup Tom Yum jakie jakiej dotychczas próbowałem  (zupa znanego mi dotąd Tom Yum prawie nie przypominała ale tak nazywała ją kobieta pracująca przy garze a z nią sprzeczać się nie wypada). Podana na blaszanym stoiku, z miską ryżu, kolorowa, aromatyczna z całą rybą pływającą w wywarze. Rewelacja. 


Na deser – custard apple – owoc, którego polska nazwa przywodzi na myśl nowotwór – flaszowiec siatkowaty. W grubej skórce kryją się drobne, czarne pestki oblepione słodkim, miękkim miąższem. Pogryzane w busie wiozącym mnie nie wiadomo gdzie – pyszne. To owoc w prawym dolnym rogu kolażu. 


W niedzielę dałem się wciągnąć centrom handlowym. W nich zaś królują sieciówki. Na szczęście jednak wybór nie ogranicza się do McDonldsa i Burger Kinga, nic z tych rzeczy, jest znacznie ciekawiej. Do wyboru są między innymi niezłe restauracje serwujące kuchnię japońską, momentami zaskakująco podobną do naszej (!). Ale zamiast uderzać w nostalgiczne nuty smażonej wieprzowiny postawiłem na surową rybę. Lekkostrawne i efektownie podane. 


I całe szczęście że lekkostrawne bo na posiłek jaki fundnąłem sobie wieczorem powinienem wybrać się na czczo. Wysiadłszy z BTS na stacji Nana zgubiłem się w uliczkach Little Arabia. Tam trafiłem do restauracji Al Hussain gdzie na mój stół trafiły Kebab Masala, Beef Masala, Garlic Paan oraz danie z ziemniaków i groszku, którego nazwy nie pamiętam. Nie wiem jak udało mi się przebrnąć przez tę górę jedzenia, wiem zaś że do Hussaina wrócę – smakowało nieziemsko. 


A teraz pozostaje czekać na kolejny weekend. W planach są żeberka i prawdziwe hamburgery, stek i omlet z ostrygami, chińskie kluski i tańczące krewetki. Żyję, żyję aby jeść.

Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

środa, 15 czerwca 2011

Żeby życie miało smaczek....Alu Paratha


Nawet najlepsze danie jedzone codziennie w końcu człowiekowi zbrzydnie. Dlatego żeby odpocząć od kuchni tajskiej czasami robię kulinarny skok w bok.

Alu Paratha pochodzi w z północnych Indii. Wielu hindusów "wyznających" skrajny wegetarianizm nie dodaje do farszu cebuli i czosnku. Tego problemu nie maja jednak przedstawiciele mniejszości nepalskiej w himalajskich prowincji Indii, którzy jeść lubią i na restrykcje żywieniowe specjalnie się nie oglądają. A że moje Alu Paratha przyrządziła Hinduska pochodząca z himalajskiej prowincji Sikkim to w przepisie ani czosnku ani cebuli nie brakuje.

Składniki:

Farsz: 3-4 duże ziemniaki / 2 cebule / 5 ząbków czosnku / pół łyżeczki płatków chili / garść liści kolendry / sól

Ciasto: 6 szklanek mąki, woda.

A robi się to tak:

Ziemniaki ugotować i zagnieść na piure. Podsmażyć posiekaną cebulę i czosnek , dodać do ziemniaków. Doprawić solą, chili i kolendrą i wymieszać. 


Do miski z mąką powoli dodawać wodę, ugniatać aż do powstania sprężystego ciasta. Uformować kulki a z nich przy pomocy wałka – placuszki wielkość dłoni.


 Na placek nałożyć łyżkę farszu i zagnieść tak jak na zdjęciach. Tak uformowany pieróg jeszcze raz rozwałkować. Smażyć do zarumienienia.


Danie świetnie smakuje z indyjskimi, słono kwaśnymi piklami. Ale dobre będzie również z jogurtem naturalnym lub jako dodatek do mięsnego curry. Można podawać na zimno.

Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii, o tym jakie sa ceny w Tajlandii i jak skoczyla sie moja wyprawa do Azji

czwartek, 9 czerwca 2011

Roti Sai Mai


Tajowie (i z tego co udało mi się zaobserwować, Azjaci w ogóle) mają ciekawe podejście do biznesu. Gdy przykładowo jakiś obrotny azjatycki przedsiębiorca postanowi otworzyć sklep z butami, jego sąsiad nie zastanawiając się długo otwiera obok drugi. Obok salonu fryzjerskiego powstaje kolejny salon fryzjerski, stoisko z rybkami do akwarium najłatwiej znaleźć obok...stoiska z rybkami do akwarium.

Nie inaczej ma się sprawa z jedzeniem, o czym mogłem przekonać się w miniony weekend w Ayutthayi, starożytnym mieście położonym kilkadziesiąt kilometrów na północ od Bangkoku, dawnej stolicy królestwa Syjamu. Ayutthaya to przede wszystkim ruiny świątyń, poświata dawnego blasku tego miasta. Ale nie tylko. Obok świątyń na uwagę zasługuje lokalny deser: Roti Sai Mai.

Aby go znaleźć nie trzeba ekspedycji poszukiwawczej. Wystarczy wybrać się na spacer wzdłuż okalającej miasto rzeki. To tu, w okolicach miejskiego szpitala rozstawili swoje stragany sprzedawcy tego specjału. A są ich dziesiątki, kubek w kubek podobne do siebie nawzajem. Za każdym siedzi Tajka, która nagą dłonią rozprowadza gęste ciasto na rozgrzanej blasze, formując cienkie jak papier placki, na każdym piętrzą się plastikowe worki pełne wielobarwnego, przypominającego watę cukrową nadzienia, przy każdym za te same pieniądze kupić można ten sam zestaw – kilka roti oraz worek słodkiej waty.

Roti Sai Mai przyrządza się samodzielnie. Na cienki placuszek nakłada się dowolną ilość nadzienia, zawija w rulonik lub w kopertę i pakuje do buzi. Deser smakuje najlepiej spożywany na zielonej trawce, w cieniu pobliskich ruin. Lepki, słodki, jarmarczny i tak syty, że  starczy i dla towarzyszącej nam przy śniadaniu watahy wygłodniałych, bezpańskich psów.




Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii, o tym jakie sa ceny w Tajlandii i jak skoczyla sie moja wyprawa do Azji

czwartek, 2 czerwca 2011

Stołówka

-->

Odkąd sięgam pamięcią jedzenie ze stołówki było dla mnie kwintesencją ohydy. Zaczęło się to już chyba w przedszkolu gdzie wmuszano we mnie zupę mleczną z kożuchem, niedogotowane lub rozgotowane ziemniaki z inne obrzydlistwa, których nie podałbym największemu wrogowi. Potem nastały czasy zalatującej kapustą stołówki szkolnej. Letni rosół na wyszczerbionych talerzach marki „Wars”, kompot w nadkruszonych kubkach „Społem”, aluminiowe sztućce. Nie było wyjścia – trzeba było jeść kanapki (I niestety zdaje sie ze niewiele sie w tej kwestii zmienilo).

A potem skończyłem edukację, spakowałem walizkę i wyjechałem do Tajlandii gdzie....wróciłem do szkoły i na stołówkę. I wcale nie mam ochoty się ewakuować. 


W szkolnej kantynie żywię się od 4 tygodni i jeszcze ani razu nie powtórzyłem swojego menu. Codziennie odkrywam coś nowego. Wybór jest ogromny – lady zastawione pojemnikami z daniami na bazie kurczaka, wieprzowiny, wołowiny i jarzyn, co najmniej kilka rodzajów zup, napoje we wszystkich kolorach tęczy, świeże owoce, lody, sorbety, desery nienazwane. Jedzenie wydawane jest z uśmiechem, przypraw do wyboru i do woli. Nic dziwnego, że w porze przerwy obiadowej, około 11:00 na stołówce panuje harmider nie do opisania. Przeszło 2000 głodnych nastolatków dobrze wie jak zrobić hałas. Z talerzami w dłoniach i żetonami, którymi płaci się za jedzenie w kieszeniach klebia sie między stoiskami a za ladami jak w ukropie uwijają się kucharki.

 A ceny? Najdroższe danie ((ryż z trzema dodatkami) kosztuje tu 25 Bahtów. Za cały obiad z napojem i deserem płacę przeważnie około 35 Bahtów (3,5 PLN). A myślałem, że taniej niż na tajskiej ulicy się nie da. 



Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii, o tym jakie sa ceny w Tajlandii i jak skoczyla sie moja wyprawa do Azji

sobota, 28 maja 2011

Targ


Mieszkam na dziesiątym piętrze nowoczesnego apartamentowca. Wokół pełno nierdzewnej stali, aluminium i hartowanego szkła, w mieszkaniu cicho szumi klimatyzacja, na dachu w basenie pluszcze woda. Gdybym się stąd nie ruszał mógłbym zupełnie zapomnieć, że jestem w Azji.

Ale się ruszam. Zjeżdżam na dół windą i po minucie spaceru trafiam do kotła pełnego jadła.  Wystarczy, że przecisnę się między rozstawionymi na chodniku garkuchniami, skręcę w ukrytą w cieniu blaszanego dachu przecznicę i trafiam na food market. Od czasu gdy dorobiłem się własnej kuchni z lodówką i kuchenką zaglądam tam nie tylko po to, by pstrykać zdjęcia. Ale aparat staram się mieć zawsze ze sobą. Wielu z produktów piętrzących się na straganach nie umiem nazwać, przypisać im kategorii a tym bardziej nic z nich ugotować. Zawsze mogę jednak przynajmniej nacieszyć oczy. 















Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii, o tym jakie sa ceny w Tajlandii i jak skoczyla sie moja wyprawa do Azji

wtorek, 24 maja 2011

Tama



 Gdy pakowałem walizę i ruszałem do Tajlandii byłem przekonany, że ten blog pęknie w szwach. W końcu podróżowanie to w dużej mierze smakowanie a każdy nowy kraj to setki nowych potraw. , codzienne kulinarne odkrycia. Tym bardziej w miejscu takim jak Tajlandia, gdzie jedzenie jest wszędzie, o każdej porze dnia i nocy i niemal nigdy nie rozczarowuje.

I rzeczywiście, od kiedy 4 miesiące temu wylądowałem w Bangkoku nie przestaję rozpływać się w zachwytach nad tym co znajduję na talerzu. Wystarczy kilka kroków w dowolnym kierunku by trafić na kolejny przysmak, któremu nie sposób się oprzeć. Buchające parą kotły z zupami, gary pełne zawiesistych potrawek, skwierczące na grillach mięsa. Ryby i owoce morza, trawa cytrynowa i papryczki chili, ryż w dziesiątkach wcieleń i nudle we pełnej palecie kształtów. Oczy wychodzą z orbit, ślinianki przechodzą w podwyższony stan gotowości, nadmiar w czystej formie.

A jednak na blogu cisza, nic się nie dzieje. Główną i skuteczną tamę dla potoku słów stanowi bariera językowa. Jak tu bowiem pisać o jedzeniu, gdy człowiek nie ma pojęcia co je? Jak opisać danie , skoro nie zna się jego imienia i nie wie się co się w nim kryje? Nie bardzo mam jak zapytać, ciężko mi też przeczytać bo tutejszy alfabet podobny jest do niczego a poza tym większość ulicznych knajp, w których się stołuję nie dysponuje niczym w rodzaju menu. Jedzenie zamawiam przy pomocy palca, wskazując sprzedawcom na co mam ochotę. Przy stole podglądam tutejszych, podpatruję z czym co się je, przy pomocy jakich narzędzi i w towarzystwie jakich przypraw. Do zupy zasiadam z pałeczkami w dłoniach i posypuję ją cukrem, mango dzielę na pół i kroję w zgrabną kostkę paroma precyzyjnymi ruchami noża, nie obruszam się już na widok kilku łyżek słodkiego skondensowanego mleka lądujących w mojej porannej kawie. Gdy coś mi nie smakuje (sytuacja ekstremalnie rzadka) po prostu odstawiam to na bok i zamawiam coś innego – w końcu rzadko co kosztuje tu więcej niż 5zł.Gdy czasami nudzą mi się smaki tajskie, jadę do dzielnicy Chińskiej lub Indyjskiej, gdy tęskno mi za domem gotuję makaron z czosnkiem i pomidorami. A w chwilach słabości wpadam do klimatyzowanego McDonaldsa i pochłaniam frytki z sosem chili.

Jedzenie jest tu tak wszechobecne i różnorodne, że nie ma czasu o nim myśleć, trzeba je jeść, cieszyć się nim. Więc nie myślę, nie piszę, smakuję.

Jednak kłopoty językowe nie były przeciez jedynym powodem milczenia. Równie ważny jest brak czasu – ostatnie 4 miesiące to prawdziwy galop wydarzeń, kaskada zmian, seria dni zupełnie do siebie nie podobnych. W tym szaleństwie ciężko o metodę, tym bardziej ciężko o czas na blogowanie. (mam nadzieję) Tymczasowo  zarzuciłem pisanie o winie, skoncentrowałem się na pisaniu o podróżach, pisanie o jedzeniu wciąż odkładam na później. Ale to właśnie się zmienia. A to dlatego, że wyhamowuję, na jakiś czas osiadam, wyrabiam sobie codzienną rutynę. I postaram się w niej znaleźć miejsce na tego bloga. Bo jest, oj jest o czym pisać.



Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

niedziela, 20 lutego 2011

Bananana!



W zamierzchłych czasach na dobuzi ukazał się już tekst o tajskich naleśnikach bananowych. Ale o rzeczach dobrych można pisać wiele razy więc pozwolę sobie na powtórkę.

Panie i panowie – oto jeden z najpopularniejszych ulicznych deserów w Tajlandii. Obok świeżych owoców i smażonych bananów to właśnie naleśniki z bananami królują na tutejszych chodnikach, rogach i skwerkach. W pobliżu mojego lokum przygotowuje je pochodzący z Birmy Tulip. Niestety niczego więcej nie udało mi się o nim dowiedzieć, on nie zna ani słowa po angielsku, ja po tajsku na razie umiem się przywitać, podziękować i policzyć do pięciu.

Tulip pojawia się na rogu pod 7eleven codziennie o tej samej porze, staje za swoim wózkiem i zaczyna pracę. W menu jego mini baru nie znajdziesz wymysłów takich jak w naleśnikarniach z Khao San Road, nie ma tu czekolady, polew owocowych, posypek z migdałów. Jest za to to co najlepsze, klasyka, tajskie naleśnik z jajkiem, bananami i z polewą ze słodkiego, skondensowanego mleka. Za to najbardziej wymyślne z jego dań płaci się 25 Bahtów. Płacąc o 10 mniej przyjdzie nam zrezygnować z polewy, za cenę 10 Bahtów dostaniemy naleśnik pusty w środku – zaskakująco popularny wśród mieszkańców tych okolic.

Oglądanie Tulipa przy pracy to prawdziwa przyjemność – płynne ruchy, precyzja no i fantastyczne rezultaty. Uprzednio przygotowane kulki ciasta zmieniają się w jego dłoniach w cieniutkie placki, ostrze jego noża w zawrotnym tempie tnie banana w cieniutkie plasterki, ręka delikatnie rozprowadza po cieście jajko. To wszystko ląduje na rozgrzanej, naoliwionej blasze, jeszcze kilka ruchów specjalną łopatką, odsączanie zbędnego tłuszczu i naleśnik jest gotów do podania. Pocięty w zgrabne kwadraciki, polany słodkim mlekiem i posypmy cukrem ląduje na plastikowej tacce. Za sztućce posłużą dwie wykałaczki.

Jest tłusto, jest słodko, jest wybornie. W towarzystwie skondensowanego mleka i białego cukru banan staje się przyjemnie kwaskowaty, ciasto rozkosznie chrupie, rozpuszczone masło głaszcze podniebienie. Absolutna perfekcja. A jeśli dzień wcześniej przesadziło się w piwem naleśnik bananowy zmienia się w perfekcyjne danie na kaca – ból głowy mija jak ręką odjął.



Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

poniedziałek, 14 lutego 2011

Prawie najlepsze danie na świecie


 Gdybym miał wybrać jedno danie, które miałbym jeść do końca życia, byłoby to...spaghetti. Ale mniejsza z nim. Ważne, że zaraz na drugiej pozycji uplasowałaby się tajska zupa. Dzisiaj o niej.

Zacząć należy od tego, że sformułowanie „tajska zupa” to godne pogardy uogólnienie, chyb nawet większe niż „polska zupa”. Tu, w Tajlandii, zupa nie jedno ma imię. O nazwach i imionach jednak dziś nie napiszę bo po tajsku jak na razie złapałem jedno słowo a ich (swoją drogą pięknego) alfabetu nawet nie będę próbował rozszyfrować. Skupmy się zatem na opisach i wrażeniach smakowych.

Tajska zupa może opierać się na mleku kokosowym, trawie cytrynowej i chili, kombinacji skutkującej powstaniem uwodzicielskiej, słodko, kwaśno ostrej mieszanki. Do tej kategorii zaliczyć można słynną zupę Dom Yam, choć niektórzy twierdzą, że to już nie tyle zupa to curry. Za taką klasyfikacją przemawia fakt, że Dom Yam podaje się z ryżem. Tyle, że o tych sytych, mętnych zupach też nie będę dziś pisał. A to dlatego, że nie serwuje się ich tu na ulicy, a od przyjazdu do Tajlandii, żywię się tylko tam.

Uliczną tajską zupę najprościej przyrównać bo rosołu z makaronem, tym w gruncie rzeczy jest. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Wywar jest tu niezwykle aromatyczny, pachnący kolendrą, limonką, anyżem. Inny jest też makaron, bo ryżowy. Zamawianie zupy zaczynamy od wyboru tego właśnie – dostępnych jest kilka grubości i kształtów – od cienkich jak włos nitek po duże, płaskie kluski. Następnie wskazujemy palcem (lub oznajmiamy czystą tajszczyzną) jakie mięso ma pływać w naszej zupie. Przeważnie do wyboru jest kurczak i wieprzowina, czasami wołowina lub owoce morza. Dokonawszy zamówieni siadamy na maleńkim plastikowym taboreciku przy chybotliwym metalowym stoliczku i czekamy minutę czy dwie aż wyląduje przed nami wysłużona, plastikowa miska z zupą. Danie je się jednocześnie pałeczkami i charakterystyczną, metalową łyżką. Jednak zanim zabierzemy się do jedzenia, zupę trzeba doprawić. Tu do wyboru mamy kilka opcji – przeważnie jest to chili suszone, chili marynowane w occie, czasami pasta chili, częściej cukier, sos rybny i pokruszone orzeszki ziemne. Dodajemy ostrożnie, po szczypcie, żeby nie przedobrzyć bo zupa przeważnie sama w sobie jest już ostra. Ja najbardziej lubię te zupo-dajnie, gdzie obok przypraw stoi jeszcze miska z zieleniną – kiełkami, liśćmi bazylii, i innymi, nieznanymi mi z nazwy przedstawicielami świata roślin.

Łyżką pijemy gorący bulion, pałeczkami jemy makaron. Tymi samymi pałeczkami nakładamy na łyżkę mięso i dodatki i przy pomocy tejże ładujemy je do buzi. Nie wiem dlaczego, tak wynika z moich obserwacji Tajów stołujących się na ulicach.

Gorąco jest dookoła, gorąca jest też zupa, wrażenie potęguje jeszcze ostrość chili. Efekt? Natychmiastowa ochłoda! Pot występuje na czoło, płynie po plecach i zgrzanemu franagowi (tak wołają Tajowie na obcych, nie Tajów) robi się chłodniej. To naprawdę działa! Wystarczy jedna miska a w człowieka wstępują nowe siły i orzeźwienie. I to wszystko za 30 Bathów czyli jakieś 3zł.

Wcieleń tajskiego rosołu jest nieskończenie wiele. Inne dodatki trafią nam się w Bangkockim China Town (czasami lepiej nie widzieć i nie pytać jakie), inne na jednej z wysp morza Andamańskiego. Ja wiem jednak jedno – jeszcze nigdy, ale to nigdy się na tym daniu nie zawiodłem. Za każdym razem smakuje inaczej, ale za każdym równie wspaniale.
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

czwartek, 3 lutego 2011

Do Buzi w "Podróżach"

W Marcowym numerze magazynu Podróże ukaże się mój materiał zdjęciowo-tekstowy z połowu krabów w Irlandii. Premiera na DoBuzi już dzisiaj.


Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

sobota, 11 grudnia 2010

Morskie opowieści


Na start banał – kocham morze. Za przestrzeń, za pozorny spokój. Za zmienność nastrojów. Bo że może jest kobietą nie mam wątpliwości. Najpierw wdzięczy się rytmicznym falowaniem, kusi obietnicą przygody, chwilę później kipi wściekle okazując swoje niezadowolenie.

Oglądane z lądu działa z magnetyczną siłą za każdym razem wywołując u mnie potrzebę podróży. Oglądane z morza jest onieśmielające, czasem straszne. To wrażenie ogromnej pustki tuż pod dnem żaglówki często nie dawało mi spokoju w czasie długich rejsów po Bałtyku czy Morzu Północnym.

Tyle, że ta pustka to ułuda, fikcja, maskarada. Morze jest skryte, zamknięte w sobie, dobrze się kamufluje. Trochę poszumi, mrugnie tym swoim zielono niebieskim okiem, obliże słone wargi błękitnym językiem, czasem wypluje kilka muszelek i…nic, tajemnica.

Tymczasem tam gdzie zdaje się nie być niczego, tętni życie. W pozornie pustym błękicie trwa barwna parada gatunków, wieczne żerowanie, taniec godowy. I żeby przekonać się jak wygląda podmorska rzeczywistość nie trzeba oglądać programów przyrodniczych w TV, wystarczy wizyta na targowisku rybnym czy w hipermarketowym dziale z owocami morza.

Jakaż tu panuje różnorodność! Błyszczą srebra i złota, w oczy kłują soczyste pomarańcze i parzące czerwienie, piętrzą się odcienie zieleni, wszelkie możliwe wcielenia błękitów, brązów, szarości. Pod palcami ślizgają się gładkie skóry, szorstkie łuski, w opuszki kłują płetwy, szczypce, kolce. I wszystko to wyrwane z pustki, z tego wielkiego błękitu? Za każdym razem nie mogę wyjść ze zdumienia.

 Odwiedzając niedawno przyjaciół w Irlandii miałem okazję spojrzeć na morze ( i na stoisko rybne)  z nowej perspektywy – z pokładu rybackiego kutra. Mój gospodarz, Garrett, na pokładach wielkich statków handlowych opłynął cały świat. Zajęło mu to dobrych kilka lat aż wreszcie wrócił do rodzinnej wsi, kupił kuter i zaczął zarabiać na życie łowiąc kraby, krewetki i inne morskie stworzenia.

Oglądanie go przy pracy sprawiało mi ogromną przyjemność. Mimo, że robota jest cholernie ciężka (o czym przekonałem się na własnej skórze) Garrett wykonywał ją z niesamowitą pasją, wkładając w to co robi całe serce. Właściwy człowiek we właściwym miejscu.


Sama praca jest dość monotonna – najpierw wyciąganie pułapek karbowych z wody przy pomocy mechanicznego kołowrotu, potem selekcja krabów, które dały się schwytać. Za małe lądują z powrotem w oceanie, duże w specjalnych skrzynkach. Czynność ta wymaga sporej wprawy i ostrożności – zdezorientowany krab może mocno skaleczyć swoimi potężnymi szczypcami.  Następnie w pustych pułapkach uzupełnia się brakującą przynętę, którą stanowią pocięte na zjadliwe fragmenty małe rekiny  gatunku zwanego Dog Fish (gnijące, ociekające śluzem cuchnące kawałki). Tak przygotowane pułapki lądują na rufie kutra a następnie grupami, po 25 sztuk, z powrotem w wodzie. I tak w kółko, 10, 15, 20 lin z pułapkami dziennie, wszystko na rozkołysanym oceanie, przy nieustającym akompaniamencie wrzeszczących mew liczących na jakieś resztki.

Po łowach kuter wraca do portu gdzie czeka już  a niego furgonetka z pobliskiej fabryki owoców morza. Za kilogram kraba rybak dostaje około 1 euro. Łup bywa różny, czasem 200kg (słabo) czasem 350 (już nieźle), bywa, że i 500 (całkiem dobrze). Nasze skrzynki zapełniały się szybko więc kilka dorodnych sztuk udało nam się zabrać do domu i zrobić z nich sałatkę karbową.

Jej przygotowanie należy zacząć od obgotowania krabów w osolonej wodzie. Wystarczy kilka minut. Potem, najlepiej w miejscu, którego nie będziemy musieli sprzątać (na podwórzu) oddzielamy to co jadalne od pancerza – tępą stroną noża uderzamy w krabie szczypce i wydłubujemy białe, pachnące morską wodą mięso. Gdy uzbiera się go już godna ilość ląduje ono w misce wraz z posiekaną cebulą, pokrojoną w kostkę papryką i awokado, garścią świeżego kopru i sporą łyżką majonezu. Podana z białym pieczywem i lampką Muscadeta, doprawiona do smaku obolałymi mięśniami i świadomością wysiłku jaki włożyło się w zdobycie głównego składnika, smakuje najlepiej.   


Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

wtorek, 30 listopada 2010

Ukryty skarb

Wyobraźcie sobie wioskę na krańcu świata.  Dostać tu można się tylko wąską, krętą dróżką biegnąca wśród zielono brunatnych pagórków. Autobus przemyka tędy dwa razy w tygodniu. Wokół szumi ocean. Już? Właśnie wyobraziliście sobie położoną w irlandzkim hrabstwie Cork miejscowość Kilcrohane. Miejscowość, w której niedawno skryłem się przed życiowym sztormem.

Są tu dwa puby (nad jednym z nich był kiedyś hotelik ale właścicielka zamurowała wejście twierdząc, że na strychu straszy), jeden sklepik, jedna restauracja. Jest też pomalowana na niebiesko szkoła i zapełniający się co niedzielę ludźmi kościółek. Oba Puby zapełniają się ludźmi również w dni powszednie za to sklepik przeważnie jest pusty. Z panującego tu półmroku wyłaniają się słoiki z marmoladą pomarańczową, wyblakłe pocztówki, lodówki z nabiałem, kilka butelek wina.

Dużo tego nie ma – jakiś Merlot z południa Francji, Pinot Grigio z nowego świata. Zresztą wino piją tu turyści a tych jesienią nie ma zbyt wielu.  Sam też przyjechałem tu raczej pić piwo dlatego już zbierałem się do wyjścia gdy kątem oka dostrzegłem jeszcze kilka flaszek, stojących na bocznej, niepozornej półce. Podszedłem, przetarłem etykietkę pierwszej butelki z brzegu i… przetarłem oczy ze zdziwienia. Trzymałem w dłoniach Chateau Latour rocznik 1967.

No jak? No skąd? Tutaj, na końcu świata, takie wino? Z nieco rozdziawiona gębą zacząłem oglądać kolejne butelki. Na Latour się nie skończyło. Obok znalazłem Chateau Haut-Brion rocznik 1968 (x2), kombinerki, Haut-Brion 1958 (x2),  mocno wiekowe Chassagne Montrachet oraz palnik acetylenowy.

Po rozmowie z właścicielką sklepu, Marią O’Mahony, okazało się, że wina stoją tu, w tych niegodnych warunkach, od późnych lat 80-tych i że co gorsza wszystkie są prawdopodobnie zepsute. Trafiły tutaj z piwnicy przyjaciela rodziny, w której tym podobnych skarbów jest znacznie więcej. Niestety akurat tych kilka butelek padło ofiarą mrozu a ich kilkanaście koleżanek z tej samej, feralnej skrzynki nie nadawało się do picia – można nimi było co najwyżej doprawić sałatkę. Tą zresztą pani Maria obiecała przyrządzić gdy następnym razem trafię do Kilcrohane.Winegret na bazie bordoskiego Premier Cru? Wrócę na pewno!

Ale nie tyko dlatego. Kilcrohane i bez tych win okazało się niezwykłym miejscem. Gdy pada tu deszcz to leje jak z cebra ale gdy świeci słońce na niebie natychmiast pojawia się tęcza, albo dwie. Gdy wieje wiatr to niemal nie da się ustać na nogach ale gdy jest cisza to nie słychać zupełnie nic a jeziorka wśród pagórków odbijają błękit nieba jak kryształowe lustra. Klify, ocean, zielone wzgórza – tutejsze widoki zachwycają. Zachwycają też ludzie, którzy gdy pracują to ciężko, gdy pija to dużo a gdy jedzą to tłusto. Takiej jagnięciny jak w domu Anki i Garretta, przyjaciół, u których mieszkałem, nie jadłem jeszcze nigdy. Tak świeżych krabów jak te, które sam wyłowiłem z oceanu na kutrze mojego gospodarza - też nie. Sałatki krabowe, lamb chops, shepards pie, własnoręcznie uśmiercone krewetki – to tutejszy standard a w każdym razie nie jedzenie od święta.

Nic więc dziwnego, że powrocie do domu waga pokazywała mi, że jestem o parę kilo cięższy. Ważne, że w duchu czuję się znacznie lżejszy.  I gotów na następną wyprawę.


Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

wtorek, 26 października 2010

Przepoczwarzanie cebuli – francuska zupa cebulowa


Żaden ze mnie góral, gdy pogoda się zmienia nie łupie mnie w krzyżu. A jednak wpływu aury na swój nastrój wyprzeć się nie mogę. I gdy za oknem robi się szaro (O! Właśnie zaczął sypać grad…) zmienia mi się smak. W odstawkę idą sałatki i świeże warzywa, chłodniki i białe wina. Na ich miejsce wkraczają ciężkie wojska – cukry i tłuszcza, dania smażone i duszone, wysoko przetworzone.

W ogóle do kuchni można podejść na dwa sposoby – po włosku czyli możliwe naturalnie, przy minimalnej ingerencji. Wtedy świeżutki pomidor pokrojony w plasterki i skropiony oliwą z oliwek staje się frykasem, garstka makaronu z dwuskładnikowym sosem przyprawia o zawrót głowy. Drugie podejście jest jakby bardziej francuskie – tu dania na stole w niczym nie przypominają tego, z czego w pierwszej kolejności powstały. Zmieniają kształt, konsystencję, teksturę. Z jednej strony naturalizm, z drugiej wyrafinowanie i artyzm. I jesienno zimowa kuchnia  należy na mój gust do tej drugiej kategorii. Podobnie jak francuska  zupa cebulowa, o której teraz.

Zaczyna się wszystko od kilku dorodnych, żółtozłotych cebul. Roniąc łzy siekamy je na cieniutkie krążki. Te wrzucamy do garnka o grubym dnie, w którym zdarzyła się już rozpuścić łyżka masła, po czym dusimy. Długo i namiętnie od czasu mieszając i zeskrobując z dna tworzącą się tam cebulową warstwę. Wszystko to ma na celu przepoczwarzenie cebuli z szorstkiej i ostrej i łagodną i słodką. Aby przyspieszyć karmelizację można do gara dodać łyżeczkę cukru jednak tak czy inaczej duszenie powinno potrwać co najmniej godzinę – zupa ze zdjęć dusiła się na małym ogniu godzin trzy a nawet cztery.
.
Gdy zawartość gara osiągnie porządny kolor – ciemnobrązowy, karmelowy, jesienny – dodajemy szklankę białego wina. (widziałem przepisy, w który wino zastępowane sherry lub whiskey ale przy takim wyborze zupa przestaje by francuska). Nie zdejmując z gazu mieszamy, wyskrobujemy dno by następnie dolać do wywaru litr bulionu wołowego (w miarę możliwości  domowego), łyżeczkę suszonego tymianku, dwa liście laurowe, szczyptę soli. Przykrywamy, podkręcamy ogień i doprowadzamy do wrzenia po czym na już zmniejszonym płomieniu dusimy przez kolejnych 30 minut.
.
Zamiast jednak stać nad garem z założonymi rękami (a pokusa jest wielka bo zapachy spod pokrywki potrafią największego choleryka wprowadzić w letarg) bierzemy się za przygotowanie grzanek. Na spodeczek wylewamy porcję oliwy, dorzucamy do niej dwa rozgniecione ząbki czosnku, szczyptę soli i w takiej miksturze maczamy kromki bagietki lub innej pszennej bułki. Te, posypane obficie żółtym serem (Francuzi postawiliby na Gruyere)  lądują na blasze w piekarniku gdzie ulegają zarumienieniu. W oryginale robi się to nieco inaczej – grzanki, jeszcze bez sera, wrzuca się do żaroodpornych miseczek wypełnionych zupą i dopiero tam posypuje serem a następnie wstawia do piekarnika by ser roztopić. Ja jednak nie mam w domu przeznaczonych do piekarnika misek wiec dopiąłem swego na skróty.

Zupę zjadamy gorąca, posypana tymiankiem, dosolona do smaku. Można zagryźć kawałkiem bagietki. Efekt jest oszałamiający – zapach wina i słodkiej cebuli wiruje w nosie, na podniebieniu osiada słodycz i miękkość, w serce wlewa się błogość, jesień staje się znośna. 
Składniki: 5 słodkich cebul, łyżka masła, 1l bulionu wołowego, szklanka białego wina łyżeczka cukru, łyżeczka tymianku, szczypta soli. Grzanki: bagietka, oliwa z oliwek, 2 ząbki czosnku, kostka żółtego sera.

Do popicia: wino do zupy? A kto mi zabroni? Na przykład lampkę aromatycznego ,wytrawnego sherry

Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

poniedziałek, 18 października 2010

Grunt to podstawa


Tak jak z celem mija się budowa zamku na piasku tak zupa nie może się udać bez dobrej bazy. A tą jak świat światem stanowi  aromatyczny wywar, esencja smaku, krótko mówiąc – bulion. On tym dla zupy czym Piotr dla kościoła – skałą, opoką, fundamentem.  Jasne, można pójść na łatwiznę, wrzucić do gara kostkę i skoncentrować się na innych przyjemnościach. Ale jeśli gotowanie nie jest dla nas tylko drogą do celu ale celem samym w sobie, to warto bulion zrobić samodzielnie. 

Korzyści z takiego wyboru jest wiele. Po pierwsze sama czynność przywodzi na myśl rytuały, jakie czarnoksiężnicy i czarownicy odprawiali niegdyś nad kipiącymi kotłami. Mieszanie drewnianą łychą w garze, lądujące w wywarze  tajemne składniki, buchająca w okap para – to wszystko ma  swój nieodparty urok. Po drugie aromat, który rozchodzi się po domu – najbardziej domowy z zapachów, wypełniający w zamierzchłych czasach kuchnie babć naszych babć. Wreszcie – efekt naszej pracy, wspaniała, zawiesista, intensywnie pachnąca mikstura. Kostka instant zawstydzona chowa się w szafce ustępując miejsca królowi zupy - domowemu bulionowi .

Tak jak zupa swój początek bierze w wywarze, tak wywar bije z kości – w moim przypadku ciężkiej, przysadzistej kości cielęcej. Mięsa młodego wołu ci u mnie dostatek – zamrażarka pęka w szwach. Wszystko za sprawą mieszkającej pod Krakowem babci, która doskwierającą jej samotność leczy hodując całe stada zwierząt a za których raz na jakiś czas jakaś dorodna sztuka pada łupem rzeźnika.

Rzeczoną kość należy na półgodziny wstawić do nagrzanego piekarnika i zarumienić. Towarzyszyć jej mogą inne składniki bulionu – marchew, kawałek selera, korzeń pietruszki, pokrojona w ćwiartki cebula. Gdy wszystko to się ładnie opiecze wlewamy do naczynia szklankę wody i zostawiamy jeszcze kilka minut na ruszcie. Następnie przerzucamy zawartość duchówki do gara – nie byle garnuszka czy marnego rondla -  do prawdziwego kotła. Dno naczynia do pieczenia wyskrobujemy szpatułka i to co się uzbiera dodajemy do mięsa z jarzynami. Zalewamy wszystko wodą, dodajemy kilka listków laurowych, łyżeczkę soli, pół łyżeczki pieprzu,  2-3 pokrojone ząbki czosnku , łyżeczką suszonej bazylii, kilka łodyg pietruszki. Przykrywamy, podkręcamy płomień i czekamy. Najpierw krótko, aż wywar zacznie wrzeć. Gdy to nastąpi zmniejszamy żar do minimum i zostawiamy gar na kilka dobrych godzin w spokoju.

Gdy obejrzymy już ostatni sezon ulubionego serialu, wyprasujemy wszystkie koszule, wyczeszemy kota i zrobimy sześćset pompek – wracamy do kuchni, próbujemy zawartości gara i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.  Następnie zlewamy aromatyczny płyn znad kości i wygotowanych jarzyn i odstawiamy na bok do ostudzenia a na noc do wychłodzenia do lodówki.

Bladym świtem zrywamy się by dokończyć dzieła. Łyżką lub innym wymyślnym kuchennym przyborem zgarniamy delikatnie warstewkę tłuszczu, która zgromadziła się na powierzchni wywaru  a następnie zabieramy się za filtrowanie. Bulion zlewamy do odpowiedniej wielkości naczynia przez czystą ścierkę  - zabawy jest przy tym sporo a po wszystkim nie mało sprzątania, ale warto – no chyba, że ktoś woli bulion rustykalny, pełen obcych ciał, elementów niepożądanych i paprochów.


Na tym przygodę z bulionem można zakończyć – przechowywany w lodówce wytrzyma około 3 dni. Ale jeśli nic chcecie tak prędko żegnać się ze swoim dziełem, możecie wywar zamrozić. Najlepiej do tego celu nadają się klasyczne foremki do lodu. Zamiast wodą wypełniamy je bulionem i wstawiamy do zamrażarki  a powstały kilka godzin później rosołowy lód pakujemy do woreczków i przez nawet pół roku przechowujemy w zamrażalniku. Domowy bulion w kostkach -  oto jak zderza się tradycja i nowoczesność, pełnia smaku i wygoda użytkowania. To właśnie klucz do prawdziwej zupy - ale o niej już następnym razem.

 Składniki: Kość rosołowa, 10-12 szklanek wody, 3 liście laurowe, 3 ząbki czosnku, 3 marchewki, 1 korzeń pietruszki, natka pietruszki, pół selera, łyżeczka suszonej bazylii, sól, pieprz.

Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

poniedziałek, 11 października 2010

Fabryka czekolady


Do Szwajcarii pojechałem poznawać jej wina – wielki, nieodkryty skarb tego kraju (nieodkryty w dużej mierze z winy samych Szwajcarów, ale to już historia na innego bloga). Ale nawet gdyby pojechać tam podziwiać widoki czy architekturę człowiek i tak wcześniej czy później natknie się na…czekoladę. O niej dziś.

Spór o to czy lepszą czekoladę robią Szwajcarzy czy Belgowie pozostaje nierozstrzygnięty. Wiadomo natomiast, kto więcej jej zjada – statystyczny mieszkaniec Szwajcarii pochłania 12 kg czekolady rocznie bijąc tym samym wszelkie światowe rekordy. (W Polsce roczne spożycie nie przekracza 4kg na głowę).

Belgowie muszą oddać Szwajcarom pierwszeństwo w jeszcze jednej kwestii – to ci drudzy czekoladę mleczną wynaleźli. Pierwszy jej smakiem mógł cieszyć się mieszkaniec miasteczka Vevey, niejaki Daniel Peter. To właśnie on, w roku 1887 wpadł na pomysł by zmieszać masę kakaową ze sproszkowanym mlekiem tak by powstał smakołyk, który od 123 lat przywołuje rozkosz na tysiącach twarzy i zapewnia klientelę gabinetom dentystycznym na całym świecie. I to właśnie w Vevey mogłem podglądać jak robi się pralinki i degustować ich najbardziej wymyśle wcielenia.

Bo dziś pralinka to znacznie więcej niż kawałek karmelu czy trochę masy orzechowej oblanej czekoladą. Obok tych klasycznych, żeby nie powiedzieć archaicznych, powstają czekoladki nowoczesne, nawiązujące do (niekiedy karkołomnych) eksperymentów znanych z restauracji serwujących fusion cuisine. Mistrzowie cukiernicy bawią się treścią, dodając do swych wyrobów składniki, których w tradycyjnej kuchni nikt nie odważyłby się nawet trzymać w tej samej szafce, co czekoladę. Bawią się też formą przypisując kształtom swoich pralinek ukryte znaczenia i podteksty.

 I tak, na zapleczu niewielkiej czekoladziarni w Vevey próbowałem pralinek z trawą cytrynową i płatkami złota – nawiązującymi do kulinarnych i religijnych tradycji Tajlandii. Zaraz potem pojawiły się pralinki z japońskim chrzanem wasabi. O tym, że ostre smaki dobrze współgrają ze słodyczą mlecznej czekolady przekonałem się jeszcze raz rozgryzając pralinkę z syczuańską papryką chilli. Smakuje to wszystko lepiej niż brzmi. Znacznie lepiej.

Dla mnie jednak, ciekawsze od tych ekstrawaganckich pomysłów okazało się porównanie pralinek wyprodukowanych z kakao z różnych części naszego globu. Bo ziarna, które rodziły się w Ameryce Południowej smakują zupełnie inaczej niż te z plantacji azjatyckich, kakao meksykańskie dzieli od tego z Ghany więcej niż tylko ocean. Różnic jest wiele - a to nuta wędzarnianego dymu, to znowu kwaskowaty, wręcz owocowy posmak. Właściciel wrażliwego podniebienia będzie wstanie wyłapać te różnice a doświadczony degustator określi nawet skąd pochodziły półprodukty, które złożyły się na daną czekoladkę.

Wniosek? Może taki - choć łączenie wina z czekolada to zadanie równie karkołomne jak łączenie piwa z szarlotką (czytaj – można, ale po co?) oba przysmaki mają ze sobą coś wspólnego.  Ich produkcję można śmiało nazywać sztuką.
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

piątek, 8 października 2010

Zielona fala



Wczoraj ożywiliśmy bloga wiosenną zielenią, dziś kontynuujemy ten trend. I znowu danie proste, żeby nie powiedzieć prostackie  (widać taki już urok kuchni południa) – gnocchi w sosie szpinakowo serowym.Przepis podpatrzyliśmy u koleżanki, która podpatrzyła go w kuchni włoskiej knajpy, w której pracuje.

Jednak to co właśnie napisałem może być nieco mylące – w końcu żeby zrobić gnochci trzeba się trochę napocić(pisaliśmy o tym tutaj). Problem w tym, że nam zazwyczaj nie chcę się nawet obierać ziemniaków a co dopiero ugniatać je na gładką masę, lepić z nich kluski itd.  Dlatego tym razem idziemy na łatwiznę i kupujemy gnocchi w sklepie. Paczka w supermarkecie kosztuje około 5 zł i gwarantuję – smakują naprawdę dobrze. Na tyle dobrze, żeby dopuścić sobie tym razem lepienie ich własnoręcznie.

Własnoręcznie za to robimy sos. Na start na stojącą na płomieniu patelni ląduje posiekany ząbek (lub dwa, lub trzy, jak kto lubi) czosnku (w tym miejscu w większości przepisów pada ostrzeżenie, żeby uważać by czosnku nie przypalić bo staje się gorzki.), następnie szpinak (lepiej świeży, gorzej mrożony ale i tak i tak nieźle). Na tym etapie jeszcze nie doprawiamy bo ser, który dodamy za chwilę ma zbyt duży wpływ na smak. Zatem dodajemy ser – rozdrobniona gorgonzolę, ewentualnie inny ser z niebieską pleśnią. Mieszamy, próbujemy, doprawiamy solą, mieszamy dalej aż powstanie apetyczna zielona masa. Do tejże wrzucamy jeszcze gorące, ugotowane zgodnie z instrukcją na opakowaniu (w wersji dla tradycjonalistów  własnoręcznzie ulepione) gnocchi. Mieszamy i drewnianą łychą nakładamy na talerze (w wersji dla kawalerów zjadamy prosto z patelni, najlepiej na stojąco w kuchni – tak smakują najlepiej!).

Składniki (na 2 osoby): paczka gnocchi, paczka szpinaku, paczka sera gorgonzola lub podobnego, 2 ząbki czosnku, ole do smażenia, sól. 

Do popicia: O ile kuchnia włoska jest prosta to wina już niekoniecznie. Ale to już historia na innego bloga. Do tego akurat dania podałbym coś lekkiego, odświeżającego. Na przykład niedrogie Orvieto. Takie, które Herbert w „Barbarzyńcy w Ogrodzie” opisał tymi słowy: „Ma kolor słomy i mocny, trudny do określenia zapach. Pierwszy łyk nie robi wielkiego wrażenia, działanie rozpoczyna się po chwili: do wnętrza spływa studzienny chłód, który mrozi wątpia i serce, ale głowa rozpala się. Zupełnie na odwrót niż poleca pewien klasyk. Stan jest wspaniały (...)"
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji