Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce morza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce morza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Weekend menu

Gdy w weekend coś staje mi na drodze i nie udaje mi się zorganizować wypadu za miasto – ruszam na miasto, w podróż kulinarną. Czasem szperam w internecie, szukam jakiegoś miejsca godnego odwiedzenia i obieram je za cel. A czasem wysiadam na pierwszej lepszej stacji metra czy kolejki nadziemnej, skręcam w pierwszą lepszą przecznicę i zaczynam węszyć.

Tym sposobem w sobotę wywąchałem jedną z najlepszych słodko ostrych zup Tom Yum jakie jakiej dotychczas próbowałem  (zupa znanego mi dotąd Tom Yum prawie nie przypominała ale tak nazywała ją kobieta pracująca przy garze a z nią sprzeczać się nie wypada). Podana na blaszanym stoiku, z miską ryżu, kolorowa, aromatyczna z całą rybą pływającą w wywarze. Rewelacja. 


Na deser – custard apple – owoc, którego polska nazwa przywodzi na myśl nowotwór – flaszowiec siatkowaty. W grubej skórce kryją się drobne, czarne pestki oblepione słodkim, miękkim miąższem. Pogryzane w busie wiozącym mnie nie wiadomo gdzie – pyszne. To owoc w prawym dolnym rogu kolażu. 


W niedzielę dałem się wciągnąć centrom handlowym. W nich zaś królują sieciówki. Na szczęście jednak wybór nie ogranicza się do McDonldsa i Burger Kinga, nic z tych rzeczy, jest znacznie ciekawiej. Do wyboru są między innymi niezłe restauracje serwujące kuchnię japońską, momentami zaskakująco podobną do naszej (!). Ale zamiast uderzać w nostalgiczne nuty smażonej wieprzowiny postawiłem na surową rybę. Lekkostrawne i efektownie podane. 


I całe szczęście że lekkostrawne bo na posiłek jaki fundnąłem sobie wieczorem powinienem wybrać się na czczo. Wysiadłszy z BTS na stacji Nana zgubiłem się w uliczkach Little Arabia. Tam trafiłem do restauracji Al Hussain gdzie na mój stół trafiły Kebab Masala, Beef Masala, Garlic Paan oraz danie z ziemniaków i groszku, którego nazwy nie pamiętam. Nie wiem jak udało mi się przebrnąć przez tę górę jedzenia, wiem zaś że do Hussaina wrócę – smakowało nieziemsko. 


A teraz pozostaje czekać na kolejny weekend. W planach są żeberka i prawdziwe hamburgery, stek i omlet z ostrygami, chińskie kluski i tańczące krewetki. Żyję, żyję aby jeść.

Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

sobota, 11 grudnia 2010

Morskie opowieści


Na start banał – kocham morze. Za przestrzeń, za pozorny spokój. Za zmienność nastrojów. Bo że może jest kobietą nie mam wątpliwości. Najpierw wdzięczy się rytmicznym falowaniem, kusi obietnicą przygody, chwilę później kipi wściekle okazując swoje niezadowolenie.

Oglądane z lądu działa z magnetyczną siłą za każdym razem wywołując u mnie potrzebę podróży. Oglądane z morza jest onieśmielające, czasem straszne. To wrażenie ogromnej pustki tuż pod dnem żaglówki często nie dawało mi spokoju w czasie długich rejsów po Bałtyku czy Morzu Północnym.

Tyle, że ta pustka to ułuda, fikcja, maskarada. Morze jest skryte, zamknięte w sobie, dobrze się kamufluje. Trochę poszumi, mrugnie tym swoim zielono niebieskim okiem, obliże słone wargi błękitnym językiem, czasem wypluje kilka muszelek i…nic, tajemnica.

Tymczasem tam gdzie zdaje się nie być niczego, tętni życie. W pozornie pustym błękicie trwa barwna parada gatunków, wieczne żerowanie, taniec godowy. I żeby przekonać się jak wygląda podmorska rzeczywistość nie trzeba oglądać programów przyrodniczych w TV, wystarczy wizyta na targowisku rybnym czy w hipermarketowym dziale z owocami morza.

Jakaż tu panuje różnorodność! Błyszczą srebra i złota, w oczy kłują soczyste pomarańcze i parzące czerwienie, piętrzą się odcienie zieleni, wszelkie możliwe wcielenia błękitów, brązów, szarości. Pod palcami ślizgają się gładkie skóry, szorstkie łuski, w opuszki kłują płetwy, szczypce, kolce. I wszystko to wyrwane z pustki, z tego wielkiego błękitu? Za każdym razem nie mogę wyjść ze zdumienia.

 Odwiedzając niedawno przyjaciół w Irlandii miałem okazję spojrzeć na morze ( i na stoisko rybne)  z nowej perspektywy – z pokładu rybackiego kutra. Mój gospodarz, Garrett, na pokładach wielkich statków handlowych opłynął cały świat. Zajęło mu to dobrych kilka lat aż wreszcie wrócił do rodzinnej wsi, kupił kuter i zaczął zarabiać na życie łowiąc kraby, krewetki i inne morskie stworzenia.

Oglądanie go przy pracy sprawiało mi ogromną przyjemność. Mimo, że robota jest cholernie ciężka (o czym przekonałem się na własnej skórze) Garrett wykonywał ją z niesamowitą pasją, wkładając w to co robi całe serce. Właściwy człowiek we właściwym miejscu.


Sama praca jest dość monotonna – najpierw wyciąganie pułapek karbowych z wody przy pomocy mechanicznego kołowrotu, potem selekcja krabów, które dały się schwytać. Za małe lądują z powrotem w oceanie, duże w specjalnych skrzynkach. Czynność ta wymaga sporej wprawy i ostrożności – zdezorientowany krab może mocno skaleczyć swoimi potężnymi szczypcami.  Następnie w pustych pułapkach uzupełnia się brakującą przynętę, którą stanowią pocięte na zjadliwe fragmenty małe rekiny  gatunku zwanego Dog Fish (gnijące, ociekające śluzem cuchnące kawałki). Tak przygotowane pułapki lądują na rufie kutra a następnie grupami, po 25 sztuk, z powrotem w wodzie. I tak w kółko, 10, 15, 20 lin z pułapkami dziennie, wszystko na rozkołysanym oceanie, przy nieustającym akompaniamencie wrzeszczących mew liczących na jakieś resztki.

Po łowach kuter wraca do portu gdzie czeka już  a niego furgonetka z pobliskiej fabryki owoców morza. Za kilogram kraba rybak dostaje około 1 euro. Łup bywa różny, czasem 200kg (słabo) czasem 350 (już nieźle), bywa, że i 500 (całkiem dobrze). Nasze skrzynki zapełniały się szybko więc kilka dorodnych sztuk udało nam się zabrać do domu i zrobić z nich sałatkę karbową.

Jej przygotowanie należy zacząć od obgotowania krabów w osolonej wodzie. Wystarczy kilka minut. Potem, najlepiej w miejscu, którego nie będziemy musieli sprzątać (na podwórzu) oddzielamy to co jadalne od pancerza – tępą stroną noża uderzamy w krabie szczypce i wydłubujemy białe, pachnące morską wodą mięso. Gdy uzbiera się go już godna ilość ląduje ono w misce wraz z posiekaną cebulą, pokrojoną w kostkę papryką i awokado, garścią świeżego kopru i sporą łyżką majonezu. Podana z białym pieczywem i lampką Muscadeta, doprawiona do smaku obolałymi mięśniami i świadomością wysiłku jaki włożyło się w zdobycie głównego składnika, smakuje najlepiej.   


Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji

piątek, 2 kwietnia 2010

Postna rozpusta

Jakie danie śniło mi się w Delhijskim szpitalu gdy udręczony tajemniczym wirusem grypy przyjmowałem kolejną porcje życiodajnych płynów przy pomocy kroplówki? O czym marzyłem, gdy w poszukiwaniu kawałka mięsa przeczesywałem widelcem porcję kambodżańskiego ryżu? Jaki przysmak prześladował mnie gdy w chińskiej jadłodajni beznamiętnie żułem omyłkowo zamówione drobiowe podroby?

…Śledzie!
ukochane, niezrównane, niedoścignione.

W dowolnej formie, o dowolnej porze, najchętniej prosto z opakowania, nocą, w poświacie lodówki. Marynowane, z cebulką, w śmietanie, solone, z majonezem, w ziołach, z czymkolwiek. Obok obowiązkowa kromka chleba albo nieodzowny w czas postu ziemniak z pieca.

I tu pojawia się problem natury moralno etycznej. Jak tu się umartwiać, jak się udręczać, skoro tradycyjny postny posiłek należy do najukochańszych? Przecież w rzeszy polskich chrześcijan musi znaleźć się chociaż kilku entuzjastów śledzia! Co mają czynić owi nieszczęśnicy, gdy matjas, miast stawać okoniem w gardle śni im się po nocach, a bywa, że i w biały dzień, na jawie? Jak maja się zachować, gdy w obecności koreczków śledziowych ich usta zalewa tsunami śliny?

Ja sam, z tego typu dylematami się nie borykam – wolność podniebienia gwarantuje mi sceptyczny stosunek do religii. Może trafię kiedyś za to do piekielnego kotła. Jeśli by, towarzyszyć będzie mi pewnie niejeden szczerze wierzący katolik, który obraził stwórcę rozkosznym mlaskaniem na myśl o postnym śledziku.