piątek, 2 kwietnia 2010
Postna rozpusta
…Śledzie!
ukochane, niezrównane, niedoścignione.
W dowolnej formie, o dowolnej porze, najchętniej prosto z opakowania, nocą, w poświacie lodówki. Marynowane, z cebulką, w śmietanie, solone, z majonezem, w ziołach, z czymkolwiek. Obok obowiązkowa kromka chleba albo nieodzowny w czas postu ziemniak z pieca.
I tu pojawia się problem natury moralno etycznej. Jak tu się umartwiać, jak się udręczać, skoro tradycyjny postny posiłek należy do najukochańszych? Przecież w rzeszy polskich chrześcijan musi znaleźć się chociaż kilku entuzjastów śledzia! Co mają czynić owi nieszczęśnicy, gdy matjas, miast stawać okoniem w gardle śni im się po nocach, a bywa, że i w biały dzień, na jawie? Jak maja się zachować, gdy w obecności koreczków śledziowych ich usta zalewa tsunami śliny?
Ja sam, z tego typu dylematami się nie borykam – wolność podniebienia gwarantuje mi sceptyczny stosunek do religii. Może trafię kiedyś za to do piekielnego kotła. Jeśli by, towarzyszyć będzie mi pewnie niejeden szczerze wierzący katolik, który obraził stwórcę rozkosznym mlaskaniem na myśl o postnym śledziku.
piątek, 19 marca 2010
Granice dobrego smaku 2 - Wietnam
23.02.2010 Już od prawie tygodnia do naszych buź trafiają specjały kraju środka. Wietnam i jego kulinarne specjały pozostały w tyle. Czas więc na podsumowanie i obiecaną część drugą granic smaku.
Z niemałą dozą obrzydzenia pierwsze miejsce na liście najbardziej odstręczających dań jednogłośnie przyznaliśmy psinie. Nigdy nie zapomnimy tego poranka, gdy po12 godzinach koszmarnej podróży wypchanym do granic możliwości autobusem, wjechaliśmy do stolicy Wietnamu, gdzie na ulicznych straganach ujrzeliśmy psie tusze. Poukładane w małe stosy, niektóre w całości, niektóre przerżnięte na pół, wszystkie zastygnięte w przerażających pozach, otwarte pyski, wyszczerzone kły. Takim to właśnie bardzo mocnym akcentem zaczęliśmy wizytę w Hanoi, nawet poranna kawa tak nas nie obudziła jak te widoki.
Wietnamska psina jest mięsem na specjalne okazje, na szczęście nie trafia się przypadkiem w gulaszu w ulicznej knajpie (do pewnego momentu nie byliśmy pewni, czy niechcący nie zjedliśmy jakiegoś Fafika w sosie, ale znajomy podróżnik rozwiał nasze obawy). Nie, nie spróbowaliśmy steku z psa i raczej nigdy tego nie zrobimy. Nie wiem dokładnie jaki jest główny powód naszej niechęci do dani z psa - może głęboko zakorzenione przekonanie, ze zwierząt uważanych za przyjaciół się nie je. A może taki, że martwy pies bez skóry wygląda po prostu obrzydliwie...Wietnamczycy tego problemu nie widzą i dopóki strawa jest pożywna i zabija głód, zjedzą wszystko i nawet najlepszego przyjaciela człowieka wrzucą na ruszt.
Ale pies to nie jedyny wietnamski specjał. W menu restauracji znaleźliśmy dania z królika, żaby, gołębia, piskląt (kurczęcych?) i kota (tak kota) - z grilla, w potrawce, w śmietanie, jak sobie tylko klient zażyczy. Kota ze względów sentymentalnych ominęliśmy, natomiast żabie udka z grilla były palce lizać! Na gołębia też mieliśmy chrapkę, ale przez noworoczny festiwal zamknęli nam ulubioną knajpę i musieliśmy się posilić zupką.
Apropo zupek - co kraj to obyczaj. Te wietnamskie nieco różnią się od tajskich; zasada przygotowywania jest taka sama, ale makaron bardziej przypomina spaghetti a smak zupy jest bardziej neutralny, podobny do rosołu, i całości trzeba samemu nadać smak. Pomagają w tym liczne dostępne przyprawy (sól, cukier, chilli, różne rodzaje octu i sos rybny) a także sałata, liście kolendry oraz mięty, które samemu dobiera się ze wspólnej miski zieleniny. Taka dobrze przyprawiona zupa smakuje tak wspaniale, że potrafiliśmy jeść ją kilka razy dziennie. Ale i na liście obrzydliwości znalazło się miejsce dla zupy z Wietnamu a dokładnie dla jej gluciastego wcielenia, na które natrafiliśmy w Dalat.
Wyobraźcie sobie słoik marynowanych maślaków, wyjmijcie wszystkie grzyby i pozostały śluz podgrzejcie w garnku. Do tego dodajcie ugotowane na twardo jajka przepiórcze, ścinki kurczaka i trochę surowych pieczarek.
W tej zupie dobra była tylko cena - około 1 zł za miskę.
Maciek do listy dodaje kolejną obrzydliwość - wietnamskie wino gronowe. Wszechobecne "Dalat Wine" rozlewane jest w konglomeracie żywnościowym, który oprócz wina produkuje orzeszki nerkowca i sok marchwiowy. Dostępne w wersji białej i czerwonej wino smakowało tak nędznie, że aby przebrnąć przez butelkę musieliśmy je mieszać z colą. Nawet wódka z węża wydaje się być lepszym rozwiązaniem, niż męczenie tego produktu winopodobnego.
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji
wtorek, 2 lutego 2010
Deser backpacker'a
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji
niedziela, 24 stycznia 2010
Granica dobrego smaku
Już od pierwszego wieczoru ze straganu "kusiła" nas smażona szarańcza. Wcześniejsze deklaracje o zjedzeniu robaka szybko poszły w niepamięć...
Pająki z grilla, owcze kopyta, jelita na metry, świńskie łby, węże w słoiku i wszystko to co jeszcze widuje się na targu w Azji często wywraca wnętrzności na drugą stronę, nie trzeba nawet próbować. Mi jednak od czterech dni wnętrzności wykręca...mango. To co można bezkarnie zjeść na surowo w Tajlandii jest kategorycznie zakazane w Kambodży. Czekajcie więc cierpliwie, aż zbiorę siły na drugą część sagi o granicach dobrego smaku. Przed nami słynący z obrzydliwości Wietnam!
Wiecej o tym jak zyje Polak w Tajlandii jakie sa ceny w Tajlandii i jak skonczyla sie moja wyprawa do Azji
wtorek, 19 stycznia 2010
Zupa z bobra
Zupa jest bardzo prosta - w jej skład wchodzi wywar, podobny do rosołu, pływający w nim makaron ryżowy we wcześniej przez nas wybranym fasonie, niezidentyfikowane liście, zielone łodygi, mięsne kulki i kawałki usmażonej wieprzowiny lub kurczaka. Zupę taką przygotowuje się w nietypowy sposób - nie jest to bowiem gotowa potrawa bulgocąca na gazie i czekająca cierpliwie na podanie, lecz każda miseczka komponowana jest oddzielnie i na poczekaniu. W wielkim garze wrze bulion a kolejne składniki, w zależności od tego czego zażyczy sobie klient, są w nim zanurzane na specjalnym sitku i po kilku sekundach lądują w misce. Na koniec zalewane są bulionym i wędrują na stół. Co równie ciekawe, danie samo w sobie nie jest mocno przyprawione i za każdym razem trzeba samodzielnie polać zupę sosem ostrygowym, sojowym lub specjalnym octem z papryczkami chilli, żeby dodać jej pikanterii. Dzięki temu każdy może sobie skomponować danie o ulubionym stopniu ostrości. Nam, oprócz standardowo dostępnych sosów, smakowały zupy posypane posiekanymi orzeszkami ziemnymi (niesolonymi). Orzeszki zazwyczaj zarezerwowane są do innego dania z makaronem - wybornego pad thai. Nas jednak nie zniechęcały zdziwione twarze Tajów i sypaliśmy orzeszki do wszystkiego co trafiło na nasze talerze. Spróbujcie sami takiej zupy a przekonacie się dlaczego - pod warunkiem, że uda się Wam ją zjeść. W Tajlandi wszystkie dania z makaronem je się pałeczkami - zupę też:) Po zjedzeniu makaronu i wszystkich składników stałych, wywar je się łyżką, albo po prostu wypija z miseczki. Po kilku dniach ćwiczeń (a opisaną zupę jedliśmy codziennie przez cały miesiąc pobytu w Tajlandii) doszliśmy do wprawy i już nie wydawało nam się to tak absurdalne jak na początku.
Smacznego i powodzenia!

